Kaczmarkowe opowieści cz. II: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  29 kwietnia 2019

Przed Wami drugi tekst z cyklu Kaczmarkowych opowieści: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki !

Dawno nie miałam takiego stresa, jak przed zawodami w Zielonej Górze. W Rydzynie poszłam na żywioł, nie znałam trasy i nie wiedziałam czym są zawody MTB. A tutaj już było inaczej, na nieszczęście trasa do objechania blisko domu. I z perspektywy czasu chyba lepiej nie wiedzieć:) Ale od początku, mały wstęp jest tutaj wręcz niezbędny.

Kaczmarkowe ustawki

W kolarskim zielonogórskim śwatku przez ostatnie dwa tygodnie było bardzo monotematycznie. Ludzie zamiast na piwo czy lody, umawiali się na objazd trasy. Dałam się porwać tej zbiorowej euforii. Pierwszy rekonesans spowodował mikro zawał. Po raz trzeci w życiu jechałam singlami. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Głosy zewsząd zachwalały trasę, że to niby kwintesencja MTB. Ja jednak wciąż byłam przerażona. Gdy widziałam piach na zjeździe wpadłam w paranoję, a pogoda zrobiła swoje i ten kto jechał, wie o jakim piachu mówię. Drugi rekonesans miał mnie uspokoić, miałam przełamać opór w głowie i pokonać swoje strachy. O nie nie nie! Wróciłam przerażona jeszcze bardziej. Mawia się do trzech razy sztuka. Poszłam oswoić punkty newralgiczne, popróbować to i owo, tym razem sama. Po kilkunastu minutach gapienia się w dół, wróciłam jak ten dół zdołowana do domu i z czarnymi wizjami w tle. Ba! Słyszałam w głowie te krzyki na singlach: Jedź zawalidrogo! Widziałam, jak leżę i dziesiątki innych scenariuszy, oczywiście nie kolorowych. Współczuję tym wszystkich, co musieli słuchać moich wywodów na temat katastrofy przez ostatnie dwa tygodnie.

Dzień startu

Z piątku na sobotę miałam sen, rosyjscy marynarze serwisowali mój rower na łodzi podwodnej. Obudziłam się dziwnie spokojna, że w sumie powinno być dobrze, skoro w nocy ktoś sprawdził mój kochany sprzęt wyścigowy. Poza tym miałam dwie opcje związane z zawodami albo się połamię, albo nie. To prawdopodobieństwo wygranej większe niż w totku.

W sektorze 4 czułam się już pewniej. Dalej niesamowicie bawi mnie podjeżdżanie do dmuchanego startu, chociaż dzisiaj tam też był piach. Pfleeeee…W międzyczasie tu żelik, to galaretka, gryz banana, kawałek princessy, co najmniej jakbym jadła ostatni posiłek w życiu. Standardowe paniczne śmiecho – chichy, życzenie sobie powodzenia, buziaki uściski i START!!!!!!!!!!!!!!!!

Wypalanie ud do kości

40 km na dystansie mega dało w kość, przypuszczam, że 20 km też spełniło swoje funkcje. O dystansie giga nawet nie chcę myśleć. W czasach, gdy sporo biegałam, istniała na Wzgórzach Piastowskich, i wciąż jest, kultowa „tarka”. Nie przypuszczałam, że przyjdzie mi, kilka lat później. pokonać ją na rowerze. Dzisiejsze zawody to jedno wielkie góra- dół, góra dół, góra-dół. W końcu nazwa Zielona Góra zobowiązuje.

I gdy myślisz sobie, że to już ostatnie w górę, to wyrasta przed Tobą Tatrzańska. Tam z twarzą udarowca i nogami ważącymi 100 ton wczołgałam się na szczyt.

Słynny podjazd pod płyty był już bardziej łaskawy i zostawiłam w tyle kilku z M  open;) Perspektywa ud bez cellulitu potrafi zmotywować do działania i czasem kopyto przyciśnie SPD tak, jak należy: „z chlebkiem”.

Na tych kilometrach skumulowano wszystko co męczące! Hopki, single, słynne kamienie, szyszki, podjazdy odcinające krew do mózgu, zjazdy mrożące krew w moich żyłach, zakręty, przejazd przez gęsty lasek. Czy ktoś z Was pomyślałby, że można wykorzystać podczas treningu takie cuda? Ja nigdy!

Po 30 km zdrętwiałe ręce nie chciały trzymać kierownicy, one chciały iść z resztą ciała na spacer, na lody, posiedzieć na słoneczku… Ale nie ma lekko. Walka toczyła się na dobre. Czasem jechała sama głowa, czasem nawiązała ona kontakt z ciałem, a czasem ciało jechało samo, bo głowa była pozbawiona grama krwi i tlenu. Wszystko spływało do łydek:D I ciężko było cieszyć się okolicznościami przyrody, gdy single i inne techniczne zagwozdki wymagały totalnego skupienia, albo podziwianie mchu, albo gleba!

Siły na zamiary

Zawody te uczą pokory, ale przede wszystkim uczą słuchania własnego ciała. Wiedziałam, że technika wciąż u mnie kuleje. Postanowiłam jednak dać z siebie wszystko, ale z głową. Na trudnej trasie łatwo o wypadek z własnej winy, czy też kogoś innego. Wystarczy sekunda, by przywalić w drzewo, czy wyłożyć się na piachu. Nie jestem starym rowerowym wyjadaczem i za cel postawiłam dojechanie do mety cało i zdrowo. Pajacowanie zostawiłam na grzybobranie.

Niekończące się interwały sprawiły, że przez 20 km rzęziłam jak stary traktor, by w końcu opanować oddech. Co niektórzy mieli okazję słyszeć charczący za nimi parowóz! Tak, to byłam ja!

Stwierdziłam z koleżanką, że zawody nie na darmo odbywają się w niedzielę. Ludzie chodzą wtedy do kościoła, a my na tych rowerach modlimy się żarliwie o siły, by dotrzeć na metę. Już nie wspomnę o setkach rozmów przeprowadzonych z samą sobą: „Jak dojedziesz kupisz sobie tę sukienkę, co oglądałaś ostatnio”, „gofra też będziesz mogła zjeść”, „tak, tak kawę z milką też będziesz mogła wypić”…sama sobie obiecuję! Rozdwojenie jaźni pomaga, w końcu coś trzeba przez ten czas w siodle robić. A na rozmowy z uczestnikami zawodów nie ma siły, bo przecież każdy walczy o oddech, jak ryba wyrzucona na brzeg.

Po wielkiej bitwie kurz

Wszystko co (nie)dobre kiedyś się kończy. Wielki strach przerodził się w kosmiczne zadowolenie. Sama nie wierzę w to co piszę, ale ta trasa bardzo przypadła mi do gustu. I pewnie nie raz skoczę sobie nią pośmigać. Nawet nie powiedziałam na mecie NIGDY WIĘCEJ. Ha! Może to MTB nie jest takie złe? Może single da się polubić? Może zjazdy też dadzą się z czasem opanować?

Najlepsze jest jednak w tym wszystkim (oprócz pokonywania własnych granic wytrzymałości) coś innego, pasta party! Wtedy to można sobie najnormalniej w świecie pogadać. Na codzień życiowa gonitwa wysysa czas i nie ma nawet kiedy napić się razem kawy.  A tutaj…hahaha hihihi…dawno niewidziane twarze…Makaron, na który czekałam od wystrzału startu i obiecane sobie gofry:) W końcu trochę tych kalorii dzisiaj wszyscy spaliliśmy. To był naprawdę udany start, udany dzień i piękna sportowa impreza. Gratulacje dla wszystkich! Odwaliliście kawał solidnej roboty:)

Ps. Garderoba się powoli kompletuje! A za dwa tygodnie kolejne skarpetki dołączą do zestawu:D

Tekst: Kinga Perzyńska