Kaczmarkowe opowieści cz. III: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  13 maja 2019

Kaczmarkowe opowieści część III: Bikemagedon w Sulechowie

Po wyścigu w Zielonej Górze dzisiejsze zawody miały mieć dla mnie łatwiejszy wymiar. Zeszłotygodniowy rekonesans nastroił bardzo pozytywnie. Trasa skrywała potencjał na szybki wyścig z licznymi podjazdami, które bardzo lubię, oraz licznymi singlami, za którymi wciąż nie przepadam. Jednak nie ma już w tym takiej nienawiści, jak na początku. Sen z powiek spędzał mi jeden moment na trasie zwany „DZIURĄ” i do samego końca nie wiedziałam, jak sobie tam poradzę. Prognozy pogody sprawdziłam tydzień temu…miało być sucho i względnie ciepło. Ubranie w głowie miałam już przygotowane, kolor lakieru do paznokci wybrany i uczesanie również. Węglowodany zaczęłam ładować w poniedziałek po zawodach w Zielonej Górze. W końcu jak się ma wymówkę na jedzenie pizzy, frytek, ciastek i makaronu, to po co ograniczać się do kilku dni przed?!? Nie jestem w ciemię bita.
Maj spłatał figla

Skoro mamy maj, to musi być ciepło. Okazuje się, że niekoniecznie…Jakże wielkie było moje rozczarowanie dzisiejszego poranka, gdy pogodowe ploteczki zasłyszane od kolegów z teamu, ziściły się. Innymi słowy plan na przyjemne zawody rypnął się. Siódma rano pada, ósma wciąż deszcz za oknem, przed dziewiątą leje. Koszmarny nastrój osiągnął poziom zenitu. Prosiłam męża, żeby przeciął mi oponę, sama nie miałam serca, by skrzywdzić swój rower. Zapakował jednak ścigacza na dach samochodu i pojechaliśmy do Sulechowa na III etap „Kaczmarka”. Było zimnoooooo!!!! Siność ust ukryłam pod pomadką i nie chciało mi się startować koszmarnie. Z dystansu Mega chciałam zdezerterować na Mini, no ale wygrała konieczność, która nie miała nic wspólnego z chęciami i rozsądkiem. Na dodatek Organizator straszył z głośników błotem na trasie i nie nastrajało to optymistycznie. Bleeee…Ślisko, mokro, błotniście, niebezpiecznie. Te słowa dudniły w mojej czaszce. I jeszcze jedno: TYLKO SIĘ NIE POŁAMAĆ!!!

Witaj sektorze czwarty

W sektorze, jak zwykle było fajnie. Można było z dziewczynami poplotkować o jedzeniu, żelach, i innych pierdołach. Charakterystyczna gęsia skórka pojawiła się jak zawsze, tak samo jak zwiotczenie mięśni rąk, które nie chciały trzymać kierownicy. W sumie moje ciało niczego nie chciało, oprócz ucieczki. No może chciało siku, w końcu miałam gacie z pieluchą…I jakby nie patrzeć tę jedną potrzebę mogłabym śmiało zrealizować…

W głowie wciąż zastanawiałam się: „co ja robię w taką kijową pogodę w Sulechowie, zamiast czytać Mroza i jeść ciasto bananowe”. Usłyszałam odpowiedź: „Jesteś głupia to się męcz!”.

10…9…8…1 strzał i  w drogę. Zaczęło się, nie było już odwrotu.

Z kim tu pogadać?

Zielonogórskie rozdwojenie jaźni zamieniłam w Sulechowie na rozmowy z przedmiotami. Standardowo już dialogi z męczennikami na trasie nie wchodziły w grę, trzeba było znaleźć realną alternatywę. Padło na mój rower. Pierwsze zanurzenie w głębokiej kałuży szarpnęło jego morale konkretnie. Każdy następny kontakt z błotem i wodą sprawiał, że rowerek zaczął wydawać niepokojące odgłosy. Charczał, strzykał, wszystko z nim skrzypiało. A zmiana przerzutek powodowała u mnie i  u niego palpitacje serca. Daj radę mały, daj radę. Nie rozkracz się, jeszcze troszkę. Obserwowałam jego reakcje i w stanie rowerowej troski nasza dwójka mknęła do przodu. Szybciej przyjadę, szybciej skończy się ta gehenna.

Newralgiczna „DZIURA” zaskoczyła alternatywnym objazdem dla Amatorów. Moje morale wzrosły i stwierdziłam, że skoro tym nie muszę się już martwić, to jest dobrze. Cały czas myślałam o rowerze…

W pogodowej beznadziei i trosce o sprzęt radość sprawiały mi jedynie podjazdy, na których o dziwo odpoczywałam. Po interwałach w Zielonej Górze nawet słynna Golgota nie była taka katorżnicza jak sądziłam. Nic na to nie poradzę, że wolę jechać w górę, niż w dół. Może dlatego, że poziom pierdołowatości w jechaniu w dół wciąż jest na wysokim poziomie! Gdybym miała sobie wystawić ocenę do dziennika byłaby to kolokwialna pała.

Kilometry wlekły się niemiłosiernie, a wraz z mijającym czasem rósł poziom błota na trasie…

Pozycja samobójcy

Na filmiku Szajbajka usłyszałam o pozycji na rowerze, którą praktykuję od jakiegoś czasu, z tą różnicą, że teraz wiem jak się nazywa. Wpinam lewą nogę, prawa lata sobie luzem, twarz jest równie nieskoordynowana jak ciało i w tym oto ustawieniu pokonuję zjazdy. Dziś pozycja samobójcy została przeze mnie zastosowana w 70% dystansu. Macham więc sobie tą prawą nogą, podeprę się to tu, to tam i jakimś fuksem koszmarne single pokonane. A dziś single były swoistą męką. Mnie zajechały i nie miałam już siły trzymać kierownicy, o skupieniu nie wspominając.

Do słownika kolarskiego doszła dziś jazda figurowa na błocie czy to na rowerze, czy to z rowerem obok. Tak czy siak modliłam się żarliwie, by nie zaliczyć konkretnej gleby. Kilka razy zrobiło się naprawdę gorąco i aż sama nie wierzyłam, że nie leżałam.

Element na trasie BAGNO, był rzeczywiście bagnem. Tam utopiłam buty do kostek, ale co poradzić. Drewniane mostki na trasie wydawały się wielkie, jak te w San Francisco. Korzenie mieniły się w oczach. Oj nie, lekko nie było. Ostatnia prosta i pędzimy do mety…Koniec kooooniecccc koooooooonieeeccccccc!!!

Koniec z przytupem

Dzień, który zaczął się tak koszmarnie skrywał dla mnie piękny bonusik, bowiem wywalczyłam sobie CZWARTE miejsce w K3!!! Oł jeeee. Co Wam będę mówić, jakże pięknie smakuje wygrana i medal!!!! Teraz mam i skarpety, i medal, i zjedzony obiad, i zakwasy, i miskę prania, i niesprzątany dom, i kogo to obchodzi?!! MAM MEDAL!!!!! I tym optymistycznym akcentem kończę 3-ci odcinek „Kaczmarkowych opowieści”. Czas na zasłużoną drzemkę.

PS.Oj spisałeś się rowerku dzielnie! Jestem z Ciebie bardzo dumna (ps. mam nadzieję, że Ty ze mnie też).

PS2. Muszę ograniczyć węglowodany, bo rzeczywiście opona rośnie!!!

Tekst: Kinga Perzyńska