Kaczmarkowe opowieści cz. IV: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  28 maja 2019

Kaczmarkowe opowieści część IV: Krosno Odrzańskie 

Za mną czwarte w życiu zawody MTB i muszę przyznać, że proces oswajania się z tym rodzajem aktywności przebiega pomyślnie. Sumiennie trenuję, aby wyrobić sobie „kolarskie kopyto” i powoli uczę się części mojego roweru. Czasem go nawet umyję i wiem co znaczy jazda na blacie, którą namiętnie praktykuję. Zamiast Cosmopolitan czytam BIKEboarda, aby móc zabłysnąć w towarzystwie. W garderobie przeważają koszulki termoaktywne, jednak wciąż maluję rzęsy na zawody i używam różu do policzków. Bo jakby nie patrzeć jestem kobietą! Co mnie bardzo cieszy:) Do jazdy bez majtek jeszcze się nie przekonałam, tak samo jak do wpinania się na zjazdach. Każde zawody jednak czegoś mnie uczą i czerpię z tego nieopisaną satysfakcję i wnioski na kolejne zmagania.

Niedziela w Krośnie Odrzańskim była majstersztykiem organizacyjnym i pod każdym względem było idealnie.

Bye Bye sektorze czwarty

Wszystko co dobre czasem się kończy. Pojechanie za szybko zawodów w Sulechowie przegnało mnie z ukochanego sektora czwartego. Smuteczek. Tam było bardziej luzacko i więcej koleżanek, a tu przewaga mężczyzn. W każdym razie w trzecim nie jest aż tak tragicznie, ale jest strasznie szybko. Gonitwa za tymi ścigaczami potrafi zmęczyć, ale czego się nie robi, żeby załapać się na makaron. Zawsze istnieje przecież ryzyko, że ta wygłodniała chmara, co spaliła po kilka tysięcy kalorii, wszystko zje! Swoją drogą, jaki głodny musi być pierwszy sektor???

I gdy ruszyli Ci wszyscy spragnieni adrenaliny i wrażeń sportowcy, to w niebo uniósł się kurz. Start to walka o przetrwanie, bo jedzie się na czuja. Nic nie widać, a jechać trzeba. O zatrzymaniu nie ma mowy, gonią Was rozpędzone tyły i jedno hamowanie może przenieść zawody do historii z wielką kraksą w tle. Dlatego nie ma że boli, trzeba pedałować i przedzierać się przez pustynną burzę, która i tak jest lepsza niż sulechowskie błoto.

Wsi spokojna…

Trasa w Krośnie Odrzańskim budziła we mnie masę wątpliwości.  Niby była łatwa, ale… ukrywała w zanadrzu kilka niepokojących smaczków. W głowie roiło się od pytań: czy błoto wyschnie? jak poradzę sobie na okropnym singlu śmierci? czy dam radę podjechać strome podjazdy? na ile wystarczy mi mocy? czy moja praworęczność i prawonożność sprawi, że spadnę ze skarpy? i masa innych bla bla bla. Kto jechał etap IV, ten wie, że na trasie mogło zdarzyć się dosłownie wszystko!  Wiadomo, że jak już się nie jeździ rowerem miejskim, a MTB, to ryzyko wylecenia z powietrze na zakręcie jest znacznie większe. Można ponadto wybić zęby pajacując ze skokami, albo przyłożyć głową w gałąź, gdy człowiek się za nisko NIE schyli (to zdarzyło mi się dziś aż dwa razy i niewiele z moich szarych komórek zostało).

Pierwsze 20 km było sielsko anielskie, łąki łąki i jeszcze raz łąki. Współczuję alergikom! Kto nie jeździł po trawie, to zalecam spróbować. Ja na jakiś czas z niechęcią będę patrzeć na okolice pokryte zielenią. W Krośnie Odrzańskim koleiny wybijały z rytmu, odbijały pupę i jakby mogły to odbiłyby także nerki.  Bo ta trawa to nie taka na piłkarskim boisku, tutaj królował perz, dorodny, w pięknych kępkach. I może gdyby nie tempo, to można by sobie na piękne widoczki popatrzeć i nie czuć bólu kolarskiego istnienia. Jednak najnormalniej w świecie nie było na to czasu i możliwości:) Albo gapienie się na chmurki, albo na szpitalne rurki.

Po łąkach zaczęła się prawdziwa zabawa. Pierwszy dłuuuugiii podjazd…na szczęście asfaltowy. Mimo wszystko uda palą, pieką, piszczą a Ewa Chodakowska jest dumna! I ja w sumie też! Oł jeeee:)

Krosno trawiaste przygotowało dla zawodników kilka wzniesień. I tu można cofnąć się do podstawówki na lekcje geometrii. Kąty nachylenia były zacne. W głowie miałam ekierkę i przykładałam oczami wyobraźni próbując wyliczyć ile to stopni. Zadawałam sobie ponadto pytania z serii retorycznych: Mniejszych nie można było znaleźć? Dlaczego!?!

Za mundurem panny sznurem

Każdy kto siedzi po stronie organizatora wie, jak ważną funkcję pełnią wolontariusze. To takie dobre duszki, które wskażą drogę, dadzą pić, krzyną dobre słowo. Bez nich nie ma zawodów, wiadomo, że bez zawodników też, ale rola wolontariuszy jest nieoceniona. W Krośnie było ich naprawdę dużo! I to takich innych niż zazwyczaj…chłop w mundurze ścielił się na trasie gęsto. Panowie w skupieniu wskazywali właściwą drogę, pilnowali bezpieczeństwa na koszmarnych odcinkach. Przed ostrymi zakrętami ostrzegali, a na niewidocznych zawijasach na drodze instruowali. Klasa sama w sobie.

Szczęście znowu się do mnie uśmiechnęło. Przerażający na rekonesansie wąwóz nie był taki zły, a Panowie wojskowi nawet kazali zawodnikom jechać wolniej i bardziej rozważnie, bo miejsce to było wyjątkowo kontuzjogenne. Wolniej? Nie ma sprawy! Każcie mi tak częściej.

Moje serce skradł jednak Pan na 25 kilometrze trasy. Gdy mój łańcuch spadł zaraz po tym jak wpadłam w pokrzywy, uczynny Pan Żołnierz swoimi silnymi rękoma wyrwał zablokowane żelastwo. Ja pewnie jeszcze bym stała na trasie i siłowała się z rowerem, może płakała… Panie X jeszcze raz wielkie dzięki!

Kolarska dłoń

O zawodach Kaczmarka słyszałam w przeszłości wiele opinii, że zawodnicy to buraki i chamy, krzyczą wyzywają i w ogóle bywa niemiło. Jednak z zawodów na zawody jestem zgoła odmiennego zdania. Dziś spotkała mnie rzecz przesympatyczna. Wyobraźcie sobie sytuację: jadę sobie jadę, za mną długa górka, oddech mam urywany, konający, jestem na granicy odcięcia i jazdy do tzw. wyrzygania. A tu nagle pojawia się fajna dziewczyna, co jedzie równie fajnie jak wygląda i mówi: ŁAP KOŁO! I tak jak Pan Żołnierz, tak i ona sprawiła, że ten dzień był naprawdę udany. Mogłam chwilę odpocząć i szkoda, że nie było czasu na pogawędkę. W każdym razie Dziewczyno w białej koszulce: Dziękuję Ci! Niestety nie zauważyłam jaki masz numer startowy.

Dziś oprócz mnóstwa wojaków na trasie, było również dużo serdeczności i uśmiechu. Prawda jest taka, że po górkach i dołkach każdy jest tak styrany, że marzy o końcu męki. Może te uśmiechy to zmęczeniowe skurcze twarzy, kto wie?!?! Ambicja zmienia się w walkę o przetrwanie i wygranie nie z innymi, a z samym sobą. Nogi bolą, plecy bolą, tyłek jest obity, żołądek odmawia współpracy, głęboka kałuża dobija na koniec, ale gdy przed oczami pojawia się napis DO METY, to wtedy dzieje się rzecz niesamowita.

Wszystkie objawy znikają, oczy się śmieją, a ciało wyciska resztki mocy, by w pełnej krasie wjechać na metę i poczuć się zwycięzcą. Kolarstwo MTB boli jak cholera, zwłaszcza w poniedziałek w pracy, jednak napis META i przyjaciele tuż za nią sprawiają, że ból znika i zamiast niego jest niezmącona radość!!! A zaraz za nią gofry! Lody! Piknik! Toasty! Majowe pogawędki na świeżym powietrzu, pierwsze opalanie i czego chcieć więcej.

Ps. Gratulacje dla wszystkich kolarskich mocarzy, wykonaliście w Krośnie Odrzańskim kawał dobrej sportowej roboty! Do zobaczenia niebawem, już za 2 tygodnie!