Kaczmarkowe opowieści cz. V: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  10 czerwca 2019

Na zawody w Lubomierzu czekałam z utęsknieniem, nie dlatego, że chciałam je tak bardzo jechać. Oj nie, moja dzisiejsza niechęć sięgała zenitu! Cieszyłam się, że to półmetek zmagań, za którym czekają survivalowe wakacje. Lubomierz to niejako wrota do kolejnej przygody, która czeka za progiem. Wakacje wakacjami, ja jednak powrócę myślami do tego, co działo się 9 czerwca w pewnej małej mieścinie…

Słoneczko nasze

Miliard stopni w słońcu, tak można opisać pogodę podczas V etapu MTB Kaczmarek Electric. Po raz pierwszy jechałam bez barw teamowych (sory Rant Team) i było straaasznie dziwnie czuć się takim bezpaństwowcem.  Jednak stanik sportowy, szelki, koszulka oraz camelbak, to było dziś dla mnie za dużo!!! Mogłam zdjąć stanik…spodenki…albo koszulkę…Wybrałam „mniejsze” zło. Poza tym chciałam przy okazji popracować nad opalenizną, nie taką pro, ale czysto amatorską, plażową. Opalenizną, która dobrze prezentuje się w sukienkach. I poniekąd się to udało, poza odwłokiem, który wciąż jest biały, a zwisają z niego opalone przeszczepy. Życie!

Słonce dziś przypiekło wszystkim bez wyjątku, jedni byli w paski, inni w kropki, poparzeni przez pokrzywy i pogryzieni przez robale. Tak, zawody w bajkowej scenerii mają swoje minusy.

Jakoś trzeba było jednak przetrwać zmagania w pełnym słońcu i przy okazji nie zapomnieć o frajdzie z jazdy i pięknych widoków, które naprawdę zachwycały. Za każdą górką, gdy wracała krew do mózgu, kryło się kolejne wow, ale tu pięknie! Momentami czułam się, jak na urlopie, tylko momentami;)
Gdy w tym żarze lejącym się  z nieba mój plecak z rurką się zbuntował i przestał działać,  dopadła mnie czarna rozpacz. Musiałam ratować się inaczej. Perspektywa odwodnienia działała demotywująco.  Przez 35 km opracowałam jednak kilka sposobów na naturalne chłodzenie ciała.  Na punktach piłam na zapas. Ulgę przynosiło wypluwanie na siebie wody. Pomocny okazał się również chroniczny katar. Gdy smarki nie trafiały na ziemię, tylko ręce…to cóż…działało to jak najdroższy żel chłodzący:D Smarkałam więc nieudolnie często. Wiem, że się krzywicie, ale każdy orze jak może.

Górki górki górki

Jak do tej pory wyścig w Zielonej Górze dalej wydaje się najbardziej wykańczający, ale Lubomierz też dał w kość, a to za sprawą górek. Podjazd na dzień dobry sprawił, że żadna rozgrzewka nie była potrzebna. Buraczana twarz, szybkie tętno i pot na czole… Pomimo wcześniejszego objazdu trasy  liczyłam, że jednak będzie ciut bardziej płasko…nie było! Organizatorzy dołożyli jeszcze jedną na dobicie. Chociaż ciężko nazwać to górką. Wejście na „Ścianę” przypominało oddział kardiologiczny, albo SOR. Ludzie wydawali tam dziwne dźwięki. Jedni siedzieli na pieńkach w stanie agonalnym, inni jak widma pchali swoje rowery, które dziwnie przybrały na wadze. Oscylowałam gdzieś pomiędzy tymi dwiema grupami. Kardiolog przeżegnałby się  widząc tych wszystkich charczących bladych pacjentów z mętnym wzrokiem błagającym o ratunek.
Lubomierz był trasą z charakterem, niby szutry szerokie, niby brak singli, a kraksa goniła kraksę. Przede mną trup ścielił się gęsto, co skłaniało do przemyśleń i rozwagi. Bezlitosne koleiny wymusiły na mnie zastosowanie pozycji samobójcy po raz kolejny, tym razem w suchych warunkach. Paranoja dotycząca ich wąskości sprawiła, że jechałam wpięta jedną nogą, bo dwie by się na pewno nie zmieściły! Ci co leżeli, byli tego przykładem!

Chwała tym, co jechali za mną i nie wyszli  z siebie:) Dziękuję za wyrozumiałość. W każdym razie ja za 10 dni mam wakacje (tak, wiem, powtarzam się)! Te nogi i ręce są na wagę złota!

Cichociemni uwieczniacze chwil

Bez nich ciężko byłoby mieć tak piękne wspomnienia. Pomiędzy zbożami, chabrami, makami, na górkach, zjazdach można było dostrzec wyłaniające się zza krzaków obiektywy i ukryte za nimi głowy. Uwieczniacze chwil, swoim celnym spojrzeniem, polowali na boskie ujęcia. W tym palącym słońcu dźwigali swój sprzęt, by uwiecznić nasze zmagania. Gnali od punktu do punktu, by zdążyć na kolejnych zawodników. Dla nich tez należy się medal, bo bez wątpienia styrali się solidnie.

Chwała im za to, że byli! Dzięki nim właśnie większość z Was przegląda teraz galerie i szuka siebie na genialnych ujęciach. Piotr Łabaziewicz, fotobike, bez Was nie ma zawodów!! Chłopaki z Rafaello film, Wasza obecność i poczucie humoru jest nieocenione! Cała reszta pasjonatów z aparatem, której niestety nie znam, dla Was też wielkie  D Z I Ę K U J Ę!

Nowi znajomi

Po raz pierwszy zostałam na zawodach do samego końca, takiego końca końców, gdy został zjedzony ostatni makaron i rozdany ostatni medal! Polecam, bo po zawodach zaczyna się najlepsza zabawa, czyli rozmowy kuluarowe. Z racji pięknej pogody można było zaliczyć szybką regenerację w słońcu, bo cienia było niestety jak na lekarstwo. Chłopaki z teamu rozmieszali do łez, przyjaciele przynieśli parasol przeciwsłoneczny i koc. Było też ciasto i babeczki, czyli piknik pełną gębą, a raczej napchaną…om niom niom!

To mój piąty start i powoli zaczynam rozpoznawać twarze. Rodzą się z tego nowe  znajomości. I tak poznałam Magdę z Teamu Rybczyński! Piękna i szybka! Gosia z Seven Perceptus, to jest dopiero kobieta-rakieta, Rafał z The four horsemen, dobry duszek na trasie, który miał niestety pecha i teraz musi wyleczyć kontuzję. ZDROWIEJ!!!

I to już chyba tradycja (oby trwała), że na trasie spotykam się z ogromnymi gestami ludzkiej życzliwości! Ludzie mnie czytają i o dziwo rozpoznają. Bardzo cieszy mnie fakt, że moje wypociny trafiają w Wasze gusta. Wasze zadowolenie jest moją największa motywacją!  Fajnie, że jesteście!!!

Taki ckliwy ten post, ale co poradzić:) Przy poniedziałku rozkleiłam się „jak baba”. Teraz trzy tygodnie przerwy i widzimy się w Jakubowie!!! A tam nie będzie ani płasko, ani trawiasto (chyba), będziemy znowu się pocić. Nie mogę się doczekać!!!! I ciekawe, jakie będą nowe skarpety???? Do zobaczenia!

tekst: Kinga Perzyńska