Kaczmarkowe opowieści: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  8 kwietnia 2019

Przed Wami pierwszy tekst z cyklu Kaczmarkowych opowieści: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki !

Zapisując się na MTB Kaczmarek Elektric kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. W prawdzie mam na koncie kilka startów, ale nie takich. I z perspektywy dzisiejszego dnia, wiem, że wszystko co do tej pory jeździłam, nie może się równać z tym…

Zacznijmy jednak od początku!

STRES!
Przed każdym ważnym wydarzeniem pojawia się stres. Choćbyśmy sobie tłukli do głowy, „że po co”, „że to nie olimpiada”, „że życie od tego nie zależy” to on i tak dopada. Daje o sobie znać na kilka dni przed w postaci snów. W moich koszmarach ukradli mi rower i nie miałam na czym wystartować! Potem dają o sobie znać jelita i podświadomość umiejętnie wierci w bebechach mikserem, a potem to już dopada uczucie jak po pawulonie, ciało staje się totalnie bezużyteczne i bezwładne. Jednak, gdy w Rydzynie usłyszałam strzał – to JUŻ- aaaaa- wszystkie funkcje życiowe wróciły na swoje miejsce i po prostu trzeba było zmierzyć się z tym co nowe, począwszy od trasy, na obyciu podczas zawodów kończąc.

ZASADY
Podobnie jak logo MTB Kaczmarek, ja również byłam tak samo zielona. Nie wiedziałam o co w tym wszystkich chodzi. Niby chodzi o jeżdżenie, ale ta cała otoczka dookoła nie jest bez znaczenia. Organizator dzieli wszystkich na grupy, czyli sektory. Ja wylądowałam w czwartym. Tutaj swoje trzeba odstać, w powietrzu czuć adrenalinę, można tupać nóżką, śmiać się z rozpaczy, przeżuwać energetyki, pozować do zdjęć, żartować i udawać, ze się nie stresujemy…do złudzenia przypomina to harty trzymacie w boksach startowych szykujące się do gonitwy. I tu spotkała mnie pierwsza nowość, sektory przesuwają się do przodu, co daje cudowną okazję stania przy starcie głównym. Wiecie, tym pompowanym, co podnosi rangę wydarzenia i czujecie się częścią czegoś wow! Ja się tak właśnie czułam. Sektor czwarty zamienił się w sektor pierwszy i skończyła się zabawa! A może dopiero się rozpoczęła. To już bardzo subiektywne uczucie każdego z osobna. Na pewno zaczęła się walka z samym sobą!

NO TO JEDZIEMY!
MTB różni się, od chociażby takich zawodów biegowych tym, że ma się ze sobą rower. Niby to tak proste i oczywiste jak drut, jednak taki rower może pomóc albo i nie! Przy bieganiu i prędkości ślimaka jedyne co, to można potknąć się o własnego buta. Natomiast, gdy gna się ponad 30 km/h to skupienie musi być maksymalne. Łatwo o wywrotkę, tym bardziej, że piachu i żwiru Rydzyna nie pożałowała.

Trzeba baaaardzo uważać przy równoczesnym gnaniu na łeb na szyję. Nie jedzie się samemu. Dookoła jest chmara takich samych zapaleńców, każdy ma inną technikę jazdy i na pewno nie jest telepatą, który przewidzi Twój ruch. Zasada ograniczonego zaufania jest tutaj jak najbardziej wskazana. Oczy trzeba mieć dookoła głowy i z tyłu siodełka też!

Jeżeli potrzebujecie bidonów, to ustawiajcie się na pierwszych 10 kilometrach. W Rydzynie ścieliły się gęsto pod kołami i każdy mógł znaleźć ten wymarzony, lekko wyśliniony. Takie małe kłody pod nogi. Początek trasy był cudny, ta prędkość, siła tłumu, próba utrzymania się na kole, było to wyzwanie, a w zasadzie przedsmak tego co czekało później. Prawdziwa zabawa pojawiła się wraz z wjechaniem do lasu. Skończył się przyjemny dla koła bruk, a zaczęły dziury, szyszki i ściółka. Ale to wciąż mogło uchodzić za rarytas.

Przed zawodami mówili, Rydzyna jest szybka i płaska…bla bla bla… do 15-go kilometra może i tak, jednak gdy wyrosły przede mną single, to w duchu przeżegnałam się! Takimi serpentynami jechałam raptem jeden raz, a te na pierwszym etapie Kaczmarek Electric zdawały się nie mieć końca! Do 41 go kilometra zastanawiałam się jak można na takim odcinku wcisnąć tyle zawijasów? Chciałam, żeby mnie ktoś przypadkiem zestrzelił. Na nic zdawały się dudniące w głowie myśli Chodakowskiej: Twoje ciało może więcej, niż mówi Ci Twoja głowa. A moja głowa pamiętnego rydzynowego dnia miała natłok myśli co niemiara:

-po co mi to?

-daleko jeszcze?

-dlaczego nie ukradli mi roweru?

-mogłam zostać w domu!!!

-daleko jeszcze?

-ile to 41 – 35 km? Ma ktoś kalkulator?

-zaraz zwymiotuje!!!

-niech mnie ktoś dobije!!!

-daleko jeszcze?

-…

SAVOIR-VIVRE
Kolejne przedstartowe ploteczki dotyczyły zachowania się zawodników na trasie. Rzekomo miałam poznać całą paletę nowych przekleństw, bo czasem emocje po prosty miały wziąć górę. Nawet w walce o 300tne miejsce można się lekko zagalopować. To są w końcu niesamowite odczucia, gdzie ból miesza się z ambicją, euforią i totalnym zmęczeniem! Uda pieką, palą i ktoś trzyma łydki w imadle. Masz wrażenie, ze jedziesz w miejscu i wciąż zastanawiasz się dlaczego jesteś tu z własnej nieprzymuszonej woli.

Wróćmy do kolarskiego savoir-vivre na trasie. W moim otoczeniu było bardzo kulturalnie! Proszę, przepraszam, zwolnij proszę lewą, dzięki, ze mnie puszczasz. Naprawdę mega sympatycznie!!!

Chociaż przyznaję się bez bicia, że dwa razy dostałam ochrzan za zatarasowanie drogi, za co przepraszam!!!! Jak możecie się domyślić takich rzeczy nie robi się przecież celowo!!!! I gdzieś jazdy nauczyć się trzeba, trening nie zrobi całej roboty. Oj nie!

WSZYSTKO CO BOLI, KIEDYŚ SIĘ KOŃCZY

Zawody mają to do siebie, że kiedyś się kończą. I całe szczęście, bo jechać tak bez końca…cóż, można by oszaleć. Gdy Garmin pokazał upragnione 41 km, gdy zobaczyłam metę, gdy to rzeczywiście był już koniec, to poczułam ulgę! Nieopisaną! Ogromna radość mieszała się ze zmęczeniem, którego do tej pory na takim poziomie nie znałam.

Przez 10 km dojazdu do sportowego miasteczka wciąż nie mogłam dojść do siebie, chciałam w końcu usiąść!!! Trybiki pracowały, a w głowie już tylko jedna myśl: NIGDY WIĘCEJ!!! Ale gdy zobaczyłam  znajome twarze i …miskę makaronu, to cóż…zaczęłam dopuszczać do siebie przebłyski zgoła odmienne! W sumie nie było tak źle, przeżyłam to! Zrobiłam to! Sprawdziłam się!!!  Może z tego ciała da się wycisnąć więcej?

Okaże się już niebawem, podczas drugiego etapu MTB Kaczmarek Electric, który ciut bliżej, bo na własnym terenie:D  O trasie w Zielonej Górze już nie plotkują, że płaska…

*Zdjęcia wykorzystane do posta pochodzą z galerii udostępnionych na stronie MTB Kaczmarek Electric. Dziękuję fotografom za poświecenie czasu na uwiecznienie tej zaciętej walki tylu setek kolarzy!

tekst: Kinga Perzyńska