Kaczmarkowe opowieści etap IX: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  30 września 2019

Kto by pomyślał, że będę pisała IX już odcinek Kaczmarkowych opowieści. Co oznacza, że za tydzień upragniony finał i zasłużony odpoczynek. Jednak nie ma się co rozleniwiać i zabieram się do przelania kolarskich uczuć „na papier”, zanim zmorzy mnie postartowa drzemka.

Nie powiem, że chciało się w Żarach jechać, nie powiem, że chciało się rano wstawać. Nie chciało strasznie! W ostateczności miałam chytry plan jechać na próbę dystans Mini. Debatowałam tydzień, aż podjęłam decyzję, że przemęczę się na dystansie Mega, chociaż to Mini byłoby spełnieniem marzeń:) Skoro dezercja się nie powiodła, to trzeba było zmierzyć się z czterdziestoma kilometrami po żarskich lasach.

Objazd

Zrobiony kilka dni wcześniej objazd pokazał dobitnie, na jakim terenie trzeba będzie się pościgać. Standardowo lista strachów była długa i próbowałam przeprogramować swój mózg na sukces. Rekonesans robiony z harpaganami i ścigaczami ułatwił, tak się przynajmniej wydawało, pogląd całościowy. Jakaś strategia na dotarcie do mety wyklarowała się. Jedynym zadaniem było pokonanie swoich słabości i opanowanie w tydzień umiejętności, które na żarskim odcinku przydałyby się na pewno. Kryją się pod tym zjazdy i więcej zjazdów:) Korzenie, strome podjazdy. Ogólnie mikro zawały na trasie murowane.

Krajoznawcze pitu pitu

Żarski etap Kaczmarka odbywał się przy ogólnopolskim wysypie grzybów wszelkiej maści. Strasznie ciężko jechało się patrząc na tych wszystkich grzybiarzy, pełne kosze, scyzoryki w ręce. Ehhhhh…ileż to razy miałam ochotę oddać dziś swój rower, w zamian za wiaderko i możliwość zamienienia kolarstwa na zbieractwo. Mijałam tyle grzybów, że moje serce zbieracza pękało na kawałki, za każdym razem, gdy widziałam rodziny maślaków, samotną kanię czy zajączka z aksamitnym kapeluszem, i to zaledwie kilometr od mety! No ale… taka karma.

Pętle

Wszelkie zawody z pętlami w tle wzbudzają we mnie dreszcze. Serwowanie sobie dwa razy tego samego niechcianego wysiłku to horror. Drogi bez powrotu są zdecydowanie lepsze. A tu – w Żarach- pełno pokus, zwłaszcza ta jedna! Gdy czujesz już nozdrzami metę i możesz szybko skręcić w lewo…to wskazywacze drogi każą Ci jechać w prawo, zrobić powtórkę z rozrywki. I wiesz, że gdy wjedziesz na ten sam odcinek jednym kołem, to już po Tobie… dwie dyszki męki na dokładkę. I zadajesz sobie pytanie: Po co mi to???? Z zawodów na zawody nie udało się znaleźć odpowiedzi. I gdyby chociaż ktoś przykładał broń do skroni, to byłabym w stanie zrozumieć, dlaczego tam jestem:) Cóż, niezbadane są ludzkie zapędy do torturowania swojego ciała.

Kółko nr 1

Żarski odcinek był początkowo łatwy, szerokie szutry pozwoliły na rozwinięcie zacnych prędkości i jechało mi się cudnie, aż do pierwszej wywrotki. W sumie nawet nie wiem jak to się stało! To była sekunda i runęłam na ziemię, jak worek ziemniaków w piwnicy. Szybko założyłam łańcuch i w drogę. Cóż, morale mi spadły, ale trzeba było jechać dalej, bo do mety daaaaaaleko. Wiedziałam, że najgorsze dopiero przede mną…Wraz z rosnącą liczbą kilometrów czułam, że zbliżam się do swojej dead zone. Na objeździe spanikowałam i wielkiej niecki nie zjechałam. Tym razem tłukłam sobie do głowy przez dziesięć kilometrów motywacyjne teksty: Zjedziesz to, zjedziesz to, zjedziesz to! No i nie zjechałam! Tym sposobem wyprzedziło mnie strasznie dużo zawodników, bo zejście na dół i podejście do góry zajęło sporo czasu i wymęczyło mnie okrutnie. Potem na tapetę poszedł wąwóz, gdzie książkowo pojechałam nie tą stroną, potem jeszcze kilka zjazdów, czyli kolejny spacer. W stanie agonalnym doczłapałam do wieży, ledwo widząc na oczy. A tam Aga, Asia, kamera i ja, z moim zaiste pierdołowatym stylem jazdy. Smuteczek.

Kółko drugiej szansy

Gdy już spierniczyłam wszystko, co mogłam podczas tych zawodów spierniczyć, to drugą petlę potraktowałam jako szansę na naprawienie swoich błędów. Na trasie było już znacznie luźniej i drugie kółko poszło zdecydowanie szybciej. Wykrzesałam z siebie moce kosmosu i zaczęłam kolejną walkę o przetrwanie. Standardowo już pierwszy odcinek drugiego kółka udało się pokonać szybko. Potem udało mi się nie wywalić, w miejscu, w którym leżałam godzinę wcześniej. Ufff! W głowie myśl o podejściu numer dwa w dead zone. I znów mówię do siebie: Zjedziesz to! Zjedziesz to!!!! I nie zjechałam, ale….zbiegłam dużo szybciej niż za pierwszym razem! Juhu! Praktyka czyni mistrza. W wąwozie pojechałam odrobinę lepiej i nie glebnęłam na korzeniach:D Potem zabójczy zjazd i podjazd, który umiliła mi pogawędka z kolegą! Pozdrowienia Jarku! Tam też wiedziałam, że to już w sumie ostatnie 3 km! Wdrapałam się z rowerem pod górę, ostatnie rozjeżdżone single, góra dół dół dół dół i metaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Szkoła pokory

Każdy kolejny wyścig pokazuje mi jak wiele już potrafię i jak ten rok na MTB zmienił moje umiejętności. Jednak jest druga strona medalu. Techniczne odcinki, jak chociażby ten dzisiejszy, uczą pokory i uwidaczniają masę braków. Przynajmniej człowiek nie spocznie na laurach,  bo wie, że trzeba wyjeździć jeszcze setki kilometrów i przełamać co nieco w swojej zablokowanej czaszce. Jedne strachy robią się mniejsze, tylko po to, by na ich miejsce pojawiły się kolejne. Bo każde ukształtowanie terenu obnaża kolejne braki i kolejne nowości, z którymi w życiu się nie zetknęłam. Ale nic to! Jedziemy dalej, dopóki żyjemy, jesteśmy w grze:)

Już za tydzień przyjdzie zmagać się ze swoimi słabościami w Wolsztynie! Widzimy się na X i ostatnim etapie MTB Kaczmarek Electric. Smutno się robi, że Kaczmarkowe opowieści dobiegną końca, kiedy to zleciało????

Do zobaczenia Kolarki i Kolarze ! Odpoczywajcie i ładujcie węgle, bo za  siedem dni skończą się podstawy do częstego jedzenia pizzy.