Kaczmarkowe opowieści etap VII: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  6 września 2019

W ostatnią wakacyjną niedzielę kolarki i kolarze powrócili na kaczmarkowe tory. Pierwszoplanowym bohaterem znowu było słońce, które ostatnimi czasy zdaje się nie mieć grama litości! Z racji tego, że sama nie startowałam, w tym siódmym już odcinku zmagań MTB, to była to doskonała okazja, by zobaczyć zawody rowerowe Waszymi oczami. Przy odrobinie wyobraźni można było poczuć się po rozmowach z częścią z Was, jak po zawodach i poczuć sport zmysłami innych! Swoją drogą, może to będzie moja nowa metoda na MTB;)
Bolesławiec miał być trudny i taki właśnie był. Trasa mocno interwałowa, piaszczysta, z singlami i innymi niespodziankami, zawierała to wszystko, co jedni lubią, a inni nienawidzą. Jednak jak się stanęło na starcie, to trzeba było zmierzyć się z dystansami, standardowo już mini, mega i giga.

Magdalena Pierzyńska, debiutantka tego sezonu na Kaczmarku, jechała dystans mini. Były to dla niej pierwsze zawody po dłuższej wakacyjnej przerwie. W głowie masa wątpliwości i ziarenko strachu, po wykańczającym starcie w Jakubowie. Każdy z nas, zawsze gdzieś tam w środku zmaga się ze swoimi strachami, chce pojechać jak najlepiej i czuć spełnienie. A co najważniejsze dojechać cało i zdrowo. Między innymi dlatego Madzia rozpoczęła przygotowania wcześniej, aby ciało mogło dostosować się chociaż odrobinę do tego, co mu chciała zaserwować. To dało jej pewność siebie i co najważniejsze dzięki temu jechała z radością, bawiąc się MTB. Bo o to w tym wszystkim przecież chodzi. „Piaszczyste single, piaszczyste podjazdy czy jazda z widzianym jedynie kątem oka szmaragdowym Bobrem, nie odebrały mi uśmiechu a wręcz przysporzyły frajdy. Oczywiście nie obyło się bez pchania pod górę roweru, były niegroźne upadki, a jakże. Trasa choć nie najłatwiejsza ale ważne, że prowadziła w dużej mierze po lesie… czekam już na następny etap w Nowej Soli.” Cóż, jak widać nie trzeba jechać do Egiptu, aby doświadczyć piasków Sahary i upalnego słońca. Wszystko mamy całkiem niedaleko od Zielonej Góry.

Dystans mega, który tym razem mierzył ponad 40 km dał się wielu w kość. Standardowo już karty w dużej mierze rozdawała pogoda. Gdy rano termometr wskazywał 20 stopni, było wiadomo, że szykuje się nie lada wyzwanie, bo będzie tylko gorzej. Przed startem nikomu nie spieszyło się do sektorów, bo tam, jak na patelni, słońce wytapiało wszystko. Słońce dało 1-go września lekcję pokory, każdy szukał upragnionego cienia. Tomasz Dudek, podobnie jak inni kolarze, do sektora wszedł na chwilę przed startem. „Widać, że ludzie wzięli sobie do serca wydarzenia z Jakubowa, nie stali w pełnym słońcu, chowali się najdłużej jak się da, dopiero na dziesięć minut przed startem zaczęli się ustawiać swoich sektorach.” Tomek lubuje się w jeździe enduro, dlatego na trasie w Bolesławcu odnalazł kilka elementów, w których mógł popróbować swoich technicznych umiejętności, jak chociażby skakania przez kładki, jazdy przez jagodowe single, belki…schody!!!! Bolesławiec to „trasa interwałowa góra-dół, góra- dół, wymagająca. Sam początek trasy szybki, ale to rozjazdówka, więc tak musi być”

Kolejny kolarz na dystansie mega, Paweł Georgiczuk, ze szczegółami opisuje single, które należą do jednego z jego ulubionych elementów zawodów (czego wciąż nie rozumiem!). W każdym razie, na trasie boleslawieckich zmagań było ich całkiem sporo, tych z nagłymi zwrotami akcji też. Gdy tabun koni wyścigowych przejechał po drogach zawodów, to na rozjeżdzonych piaskowych koleinach rower sam tańczył i trzeba było bardzo uważać, aby nie stracić nad nim panowania. Nie zabrakło na VII etapie trawersów, a wąskie przejazdy między drzewami wymagały nie lada skupienia i nie obyło się bez spotkania pierwszego stopnia z drzewem. Ale jak mawia Paweł „Kaczmarek bez gleby, to nie jest Kaczmarek.” Tak więc tradycji stało się zadość, są siniaki, zadrapania, wszystko to, co rasowy kolarz „bierze na klatę” i szybko goi do następnych zawodów. Kąpiel w rzece po dotarciu na metę była jak najlepsze SPA i chłodziła umęczone upałem ciało.

 

 

Na dystansie mega jechało także dwóch kolegów na literę R. Po rozmowie z nimi stwierdzam, że MTB to jednak ma wiele wspólnego z rolnictwem. Pierwszy z chłopaków to Robert Pędziński stwierdził, że „na Kaczmarku jak zwykle jest orka.” I sama mogę to potwierdzić, że po takich dwóch godzinach jazdy, wspominając chociażby pozostałe etapy, człowiek jest zaorany, padnięty, zdechnięty itd. Gdy w grę wchodzi ściganie, to trzeba się nieźle napocić, aby pojechać zgodnie ze swoimi założeniami. Robert to doświadczony kolarz i niejedno w życiu jechał. On także odnalazł w Bolesławcu coś dla siebie w postaci kilku smaczków technicznych, m.in. ZNOWU singli…które dla mnie wciąż są, jak wiecie, pfleeeeeeee. Długie przejazdy po szutrach w pełnym słońcu, czy „ukochanych” przez wszystkich polach, dawały w kość, a przede wszystkim w kości kulszowe. Satysfakcja po dotarciu na metę standardowo już wymazuje wysiłek i pojawia się ulga…oraz odliczanie do kolejnego zmagania! Ehh Ci kolarze:D

 

Rafał Sikora, kolarz na R numer dwa, barwnie opisując trasę, sprawia, że czuję jakbym nawiedziła Bolesławiec osobiście. „Początkowe kilometry to dojazd do lasu, wyprowadzenie trasy poza granice miasta. Po rozjeździe z dystansem mini zaczęła się zabawa. Dość długi podjazd, zerowy ruch powietrza, wszechobecny zaduch i tumany kurzu, niby MTB, ale w tej temperaturze w wydaniu extreme.” Organizator dał możliwość wyboru tras alternatywnych przy elementach bardziej wymagających technicznie (coś dla mnie! na pewno wybrałabym objazd). Co jest na ogromny plus.

Żeby nie było tak słodko, w kilku punktach było za mało strzałek, przez co nie tylko Rafał, ale i kilku innych kolarzy, z którymi rozmawiałam, miało wątpliwości, czy aby na pewno są we właściwym miejscu. Oznakowanie nie było tak intuicyjne, jak powinno. Cóż, przy takiej pogodzie, emocjach i wysiłku, mogło to dodatkowo podnieść i tak wysokie już ciśnienie! Więc miejmy nadzieje, że dotychczasowe drobne potknięcia w znakowaniu trasy oraz upały ominą Nową Sól szerokim łukiem, a Organizator weźmie sobie do serca opinie tych, którym przyszło zmagać się w tych spartańskich warunkach.

 

I na tapetę idzie dystans giga, czyli ten, który ciężko sobie wyobrazić. Orka dłuższa o kolejne 20 kilometrów. Z dystansem tym zmierzył się Grzegorz Cebulski, 67 km, trzy godziny ścigania – to robi wrażenie. Jaki był Bolesławiec dla Grzegorza? Zacznijmy od plusów: VII etap zmagań zawierał kilka elementów dla koneserów tras technicznych, jak chociażby zjazd po schodach (!) i singiel przy strzelnicy. Patrząc na zdjęcie próbowałam zrozumieć jak On to zrobił, ale wciąż jestem w szoku, że po schodach da się zjechać!!! Minus dla VII etapu MTB trafia za „wymuszone na koniec rundy single, pionowe ściany, które raczej pod koniec zawodów już niczego nie wnoszą poza kilkoma metrami wzniesienia.”

Bolesławiec przechodzi do historii, już za dwa tygodnie Nowa Sól, czyli pościgamy się blisko domu. Troszkę Wam zazdroszczę tego Bolesławca i bynajmniej nie samej jazdy, ale tej kąpieli w rzece, o której z taką radością opowiadaliście, pięknej lokalizacji i pla pla pla po tej całej męce, zwanej MTB.

Dziękuje koleżanki i koledzy za Wasze historie! Mam nadzieję, że moja opowieść widziana Waszymi oczami, i wyjeżdżona Waszymi nogami, spełni czytelnicze gusta. Wielkie brawa za ogrom wysiłku, odwagi i trudu, jaki włożyliście w niedzielny wyścig.

Do zobaczenia w Nowej Soli Ścigacze!

Tekst: Kinga Perzyńska