Kaczmarkowe opowieści etap VIII: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  18 września 2019

Czasem bywa tak, że wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że ten dzień może nie być do końca taki, jakbyśmy chcieli. Tak też było w niedzielę 15 września, w Nowej Soli. Tutaj przyszło mi się ścigać na VIII etapie MTB Kaczmarek Electric. Powrót po wakacjach był ciężki i odzwyczaiłam się od tego wszystkiego, co zwie się zawodami.

Poranne rytuały
Jednak aby przedstartowej tradycji stało się zadość, poczyniłam, jak co start, kilka rytuałów. Tak w razie w. Wstałam niespiesznie prawą nogą (pilnuje tego mocno i dwa razy się zastanowię zanim postawię stopę na ziemi), zjadłam rytualne placki bananowe, przygotowałam rytualne IZO, wybrałam wygodnie ubranie, spakowałam graty i w drogę. Jeszcze w domu naszła mnie myśl, że może ubiorę spodnie 3/4, bo jakbym przypadkiem runęła gdzieś jak długa, to zawsze to na pierwszy rzut pójdą spodnie, a nie moja skóra.
Już przy ubieraniu się w miasteczku sportowym zauważyłam, że otwarty żel wylał się do torby i ukleił moją śnieżnobiałą koszulkę. To zły omen! Do klejącego kompletu doszły rękawiczki, okulary i kask. Ten ostatni wylizałam, na co M z obrzydzeniem powiedział, że zlizałam cały lubuski kurz i brud. No fakt! Pfleeee. Na szczęście nie mam liszaja…jeszcze. Z pypciem na języku, czy też bez, wypełniłam całą listę chorobliwych powinności, które poza kondycją, miały przyczynić się do przejechania zawodów bez DNF.

 

Jak grzyby po siku
Gdy tak sobie stałam w sektorze, niestety znowu 3-cim, a w 4-ym było mi tak dobrze…ehhh …no i gdy tak sobie stałam, to zauważyłam ciekawe cykliczne zjawisko. Stada sikaczy (czytaj kolarzy) wędrujące na pobocze i zmniejszające ciężar ciała. Faceci to mają łatwej, w tych pielgrzymkach nie zauważyłam żadnej kobiety, bo i jak ściągać tyle warstw przy grasującym dronie i setkach widzów. W każdym razie przy takim słońcu i wilgotności podłoża, na nowosolskiej strefie przemysłowej na dniach można się spodziewać wysypu grzybów! Tak więc kto pierwszy ten lepszy, do boju grzybiarze.

Poszły konie po betonie

No i zaczęło się, 43 km gnania, wyzywania, konania i umierania. Od samego początku jechało się koszmarnie. Rozjazdówka zdawała się mieć 100 km i ani głowa, ani nogi, ani rower nie chciały ze mną współpracować. Pierwszy podjazd się zakorkował i nie musiałam go podjeżdżać, więc to był w sumie taki uśmiech losu na osłodę. W głowie była perspektywa czekających mnie dziesiątek innych górek, więc tą jedną można było sobie darować. Tak przy okazji, to darowałam sobie dużo więcej;)

Ogólnie VIII etap, pomimo mojej niechęci kolarskiej, należał do najbardziej malowniczych, piękne serpentyny, bukowe lasy, Biała Góra…ehhh…aż chciało się zwolnić i zakorkować trasę. A na trasie było dziś bardzo sympatycznie, pozdrawiam kolegów, z którymi rozmawiałam. Mało mówiłam, bo oddech był na wagę złota! Z nowości (przynajmniej dla mnie) pojawili się zakrętowi gwizdacze, co ostrzegali przed ostrymi zmianami na drodze. Bo wiecie Kochani, w takim amoku, to człowiek ma czasem całkowite zaćmienie i jedzie gdzie popadnie. Niebieskie taśmy owinięte wokół drzew nad głową też były niczego sobie, przydźwonić kaskiem, bo się źle oszacowało wysokość…to mogłoby być ciekawe i bolesne zarazem.

Pierwsze szlify

Pomimo że w czasach młodości miałam przyjemność połamać się na rowerze, to w czasach względnej dorosłości jakoś starałam się nie mieć zbyt bliskich kontaktów z podłożem. Ale los miał inny plan na ten dzień! Napchana przedstartowym bananem, z najedzonym brzusiem, jeszcze przed startem, pojechałam rozgrzać skamieniałe łydki. Tiru tiru, szus szus i…piiiii!!!!!! To było mrugnięcie okiem, podczas którego zaliczyłam pięknego szlifa. Gdyby to były zawody w jeździe figurowej na łyżwach, to może otarłabym się o sędziowską 10-tkę! Jednak otarłam się o asfalt, a mój biedny rower doznał większych uszczerbków na zdrowiu, waląc aluminiową głową w murek. Trzy zielonogórskie Teamy debatowały nad pacjentem i coś tam podreperowały. Rower chyba nie mógł trafić lepiej, to tak jakby załapać się na konsultacje do najlepszych chirurgów od operacji plastycznych!
Ale jeden szlif to chyba było mało…Gdy udało się przejechać najgorszy odcinek trasy, tak przynajmniej sądziłam, zjechałam sobie do wąwozu, który na objeździe ominęłam. Prowadził do niego niewinny szuter i zmylił mnie na rekonesansie. Bo co może być strasznego za zakrętem! A tam wąsko, grząsko! Okropnie! Rower odmówił współpracy i gdy już wiedziałam, że nie uniknę gleby, to w głowie jedna myśl: ILE OSÓB JEST ZA MNĄ? Na tak wąskim odcinku spowodowałabym upadkiem sporą kraksę, dlatego też jakimś cudem położyłam się z rowerem na boczku i uffff, przejechali !!! A ja wykończona poszłam zapozować Piotrowi Łabaziewiczowi:) Umie się chłopak reportersko ustawić;)

Ostatnie koty za płoty
I gdy już człowiek sobie myśli, że najgorsze zanim, to po interwałowym odcinku trafia mu się 10 kilometrów dojazdu do mety. I nadzieje na wiatr w plecy znikają w oka mgnieniu, jak otwarte ptasie mleczko. Ten wiatr nie miał litości, spowalniał rower do granic możliwości i samotna walka na wygwizdajewie obniżała sportowe morale. Jakieś dobre duszki zlitowały się krzycząc: Łap koło! Ale i tak nie miałam mocy ich gonić. Chociaż nie powiem, trochę podreperowałam nadwątlone siły. I gdy już je naładowałam, to przed oczami wyrósł podjazd jak z horroru. Rower w dłoń i wspinamy się. Ostatnie metry przypominały wejście na szczyt Everestu. Ehhh, łydki ważyły 2 tony. I znowu myślałam, że najgorsze już za mną! Ale nie nie nie! Ukształtowania terenu nie oszukasz… Skoro na początku wyścigu było z górki, to wracając tą samą trasą będzie pod górkę. Chlip chlip…5 km męki. Ostatnia prosta, ostatni zakręt, ostania hopka…KONIEC!!!!!!
I co najciekawsze, w tym najgorszym mentalnie wyścigu wyjeździłam sobie medal, piękny okrąglutki jak pizza! Była to ogromna niespodzianka, której się nie spodziewałam, w tej kolarskiej nowosolskiej męce. Cóż, może te rytuały mają jednak swój sens:D

 

tekst: Kinga Perzyńska