Kaczmarkowe opowieści etap X: czyli zawody MTB widziane oczami kolarki-amatorki

  8 października 2019

To już jest koniec
X i ostatni etap MTB Kaczmarek Electric dobiegł końca, po jedenastu godzinach poza domem dałam w końcu umęczonemu ciału odpocząć. Biorę się więc za pisanie, póki euforia w głowie. A działo się w Wolsztynie, oj działo!
Pogoda nie zaskoczyła kierowców, tak w skrócie można nazwać sobotnia aurę. Patrząc na prognozy ziściło się wszystko, co niechciane, czyli deszcz deszcz deszcz. Ciężko się zwlekało z wyrwa słysząc dudnienie o parapety. Ale w głowie myśl, dziś ostatnie zawody! I odpoczynek! Dlatego to nakręciło pozytywnie od rana i w sumie najgorszą czynnością było wyjście z domu, potem wszystko potoczyło się samo.
Z racji deszczu każdy asekurował się, jak może, wszelkiego rodzaju przeciwdeszczowymi kurtkami, parasolami. Najwygodniej jechałoby się w gumiakach i pelerynie Superwoman, no ale… zbyt duży opór powietrza. Kolarska ergonomia wygrała.

Parkingowe pitu pitu
Stanie na parkingu to najfajniejsza część przed zawodami. Ma się czas na wybranie ubrania, przekonanie jelit, aby na dwie godziny wstrzymały pracę. Po raz ostatni patrzy się na uczesane włosy, bo za dwie godziny będą mokre jak szmata od podłogi. Spotyka się wszystkich znajomych, których z zawodów na zawody przybywa. Uśmieszki, uściski, buziaczki, pogaduszki. Bananik, batonik, ciasteczko i perspektywa, że za dwie godziny będzie makaron. A dziś organizator zaskoczył i była zupa! Grochowa! Jakże cudownie płynęła zmarzniętym przełykiem, rozgrzewając sine ciało. Ale zanim była zupa, było ściganie…

No to jedziemy
W Wolsztynie objazdu nie robiłam i poleciałam jak na randke w ciemno w czasach studenckich, czyli amanta nie widziałam, a jedynie znałam z opowieści. Miałam plan iść w trupa i tak też pojechałam. To już chyba jakaś norma, bo gdy jedzie mi się cudnie, to zaliczam gleby. Dziś nie było inaczej. Może gleba była inna, z tych spektakularnych. I na niej zatrzymam się na chwilę. Kolokwialnie mówiąc pizgłam nie wiem na czym, a rower poleciał w powietrze razem ze mną, potem nie wiem, czy ja leżałam na nim, czy on na mnie. I nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale włosy wkręciły się w szprychy i miałam problem, żeby wstać. Ogólnie zwleczenie się z ziemi było trudne, poobijałam kolana zacnie i z nerwów telepałam się jak osika. Z opresji poratował Kolega z Watahy, za co jeszcze raz bardzo dziękuję. Potrzymał rower, abym ja mogła sobie pokuśtykać i potelepać się z emocji. Przy tej wywrotce aż Garmin się zatrzymał!
Nie wiedziałam czy jechać, czy nie jechać. Byłam wściekła, bo szło mi pięknie. Po babsku chciałam się rozryczeć, ale jakoś się ogarnęłam i przekonałam samą siebie, że nie chce DNF-a!!!! Włączyłam 7 bieg i pomogły mi moce kosmosu, albo sam diabeł, bo pędziłam jak opętana. Pod górki charczałam, jakbym miała pluć krwią, z górek miałam mroczki, bo odcinało mi krew do mózgu. Gnałam jednak dalej, jak porąbana, żeby nie powiedzieć brzydziej:D Kałuża, błotko, sinigielek, spacerek pod górkę i fruuuuuuuuuu do mety!!!! I radość, że to już koniec z przytupem! Ścigało się dziś cudnie i była to trasa wymarzona pod każdym względem, taka skrojona na moją miarę.

Błotniak i bagienka
Zawody w deszczu, czy po deszczu mają to do siebie, że wszędzie jest błocko. Każdy kolarz wie, że na plecach będzie miał ślad od pośladów aż po kark, przemoknie pielucha, w butach będzie gnój, a rower…szkoda gadać! Błoto powoduje kilka innych zawirowań, hamulce piszczą, zwłaszcza gdy rozpędzone stado zwalnia na zakrętach, wtedy słychać hamowanie pociągu. Pod górkę zaś rower strzela, skrzeczy i ma się wrażenie, że wszystko zaraz się rozleci. Na błocie rower pięknie tańczy, a każdy taniec i uniknięcie wywrotki to cud! Więc takich cudów było dziś naprawdę sporo. Błoto ma się na twarzy, na oczach, w uszach, między zębami. I gdy widzi się jeszcze mokre fruwające coś, co było czystymi włosami, to się wie, że wygląda się bajecznie! Dodatkowo ściganie w zimnie powoduje u mnie nadprodukcje smarków, gdybym nie umiała smarkać po kolarsku, to musiałabym zatrzymywać się co kilka minut. Zamiast dwie godziny, jechałabym trzy. Dziś oglutowane miałam wszystko, nogawki, rękawki, a rękawiczki nie nadążały z przyjmowaniem gili. Gdy już nie miałam cierpliwości do tej cudnej przypadłości, to jechałam ze smarkami do pasa:) Bo było mi już wszystko jedno, jedynie gdy na horyzoncie pojawiał się człowiek, to trzeba było ogarnąć chociaż ten temat i łudzić się, że bez smarków, a z błotem na twarzy, wygląda się całkiem w porządku.

Podsumowanie krwawicy
Dziesięć miejscowosći i kartonik kaczmarkowych skarpetek później spotkaliśmy się wszyscy na finale finałów. Osiem przejechanych zawodów pozwoliło na byciu sklasyfikowaną w tzw. generalce! Tak! Nadmiar kolarskiego szczęścia. I znowu oklaski, scena, fanfary i ta nieopisana radocha! Jakież to cudowne uczucie, nie będę mówić, że nie! Zadowolenie z siebie roznosiło mnie od środka! Ostatnie zawody, koniec sezonu i fajrant.
W głowie zaś świadomość, że minęło tyle niesamowitych tygodni, setki godzin w siodle, setki prania kolarskich ubrań, hektolitry wylanej wody, na mycie roweru przez mojego osobistego serwismena. Kaczmarek MTB, ehhhh, to było naprawdę coś. Aż dziwnie, że za dwa tygodnie nie będzie zawodów!!??? Jak to tak? Ale Joanna Balawajder sobie w końcu odpocznie! Zasłużyła dziewczyna na roztrenowanie od rozmów telefonicznych i spotkań służbowych!
Post powoli zbliża się do końca i Kaczmarkowe opowieści również:(
Dziękuje, ze mnie czytaliście, dziękuje za wszystkie gesty życzliwości, za rozmowy na trasie. Fajnie było móc przelewać kolarskie uczucia na „papier”. To było niesamowite doświadczenie i jeszcze większa przygoda. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia na rowerowych ścieżkach!

 

Pozdrowerek:*
Tekst: Kinga Perzyńska