Kamil „dobry duch” etapu w Zielonej Górze

  25 kwietnia 2019

Kamil „dobry duch” etapu w Zielonej Górze

Każdy etap Grand Prix Kaczmarek Electric MTB ma swojego „dobrego ducha”. Poniżej przedstawiamy Wam Kamila Wieczorka człowieka, któremu zawdzięczamy wyznaczenie trasy w Zielonej Górze. Kamil już drugi rok z rzędu podjął trudne wyzwanie ułożenia trasy w Zielonej Górze. Każdą wolną chwilę spędzał z grabiami na Wzgórzach Piastowskich w poszukiwaniu nowych ciekawych rowerowych odcinków. Jadąc zielonogórską trasą widać, że Kamil zostawił tam nie tylko ogrom pracy ale także kawał serca;) 

Kiedy pani Asia Balawajder prezes stowarzyszenia Bike&Run Promotion poprosiła mnie, żebym opowiedział trochę o sobie i o tym, jak przygotowywałem dla Was trasę wyścigu w Zielonej Górze, pomyślałem, że to nienajlepszy pomysł. Wynika to z faktu, że nie jestem zbyt doświadczonym rowerzystą i za bardzo nie należę do Waszej braci. Ponieważ jednak lubię wyzwania, postanowiłem spróbować pomimo, że nie mam na koncie spektakularnych rowerowych wyczynów (zakładam, że „zrobienie skorpiona”, czy przytarcie sutka na singlach pod Smrkem się nie liczy). To co mnie z Wami łączy od niedawna to MTB, a dokładniej moja pasja do szykowania odcinków i tras na Wzgórzach Piastowskich.

Jak to w każdej historii bywa, gdzieś musi być początek. U mnie zaczęło się od tego, że od dzieciaka uwielbiałem jeździć na rowerze. Jedna z pierwszych historii rowerowych z dzieciństwa, która odcisnęła się w mojej pamięci i na mojej skórze, to ta, gdy z dwoma kolegami (ja sześciolatek, koledzy siedem i osiem lat) postanowiliśmy zrobić sztuczkę i jadąc obok siebie, zaczęliśmy jechać „bez trzymanki”, a następnie złapaliśmy się za ręce. Coś nam jednak nie wyszło, jeden drugiego potrącił i nastąpiło, delikatnie mówiąc, wielkie „bam”. Sztuczka była bardzo efektowna, bo efektem były pozdzierane kolana i łokcie, a w moim przypadku dodatkowo hamowanie prawym policzkiem po asfalcie. Rany się zagoiły, ale spotkanie z asfaltem pozostało we wspomnieniach.

Trochę później, już jako siedmiolatek, postanowiłem z rozpędu zjechać z około 60-70 centymetrowego murka oporowego przy garażach. W wyobraźni widziałem piękny lot, więc postanowiłem się rozpędzić z górki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że należy się odpowiednio wybić, a przede wszystkim pociągnąć przednie koło do góry. Rzeczywistość okazała się brutalna. Przednie koło uciekło w dół, a ja wylądowałem z wrzaskiem na betonie. Ponieważ przy lądowaniu nadziałem się brzuchem na kierownicę, to wyczynu nie mogłem zaliczyć do udanych, a jedynie do bolesnych.

Pamiętam jeszcze dwie sytuacje, gdy prawie wpadłem pod samochód. Za pierwszym razem omal nie wpadłem pod osobówkę, która wjeżdżała na osiedlowy parking. W ostatniej chwili zrobiłem uślizg z rowerem, a zderzak samochodu zatrzymał się tuż obok mnie. Pozbierałem się w ułamku sekundy i nawiałem ze zdartym kolanem, zostawiając kierowcę z zawałem serca. Druga przygoda była później, już na mojej kolarzówce, gdy na osiedlu wyjeżdżając zza zakrętu wypadłem prosto na polskiego busa marki Żuk. W ostatniej chwili odbiłem, trafiając w krawężnik wykonałem pierwszego w życiu skorpiona z podwójnym tulupem, a następnie wylądowałem szczęśliwie w pobliskich krzakach. Tutaj też skończyło się tylko na strachu, moim i kierowcy.

Ponieważ uwielbiałem ryzyko, więc jazda z górki na jednym kole była świetną zabawą dla niespełna 10 latka. Marzyłem wtedy, żeby zostać kaskaderem. Miałem wówczas jakiś taki nietypowy bordowy rower na chyba dwudziestocalowych kołach. Nietypowy, bo w latach 80-tych do wyboru były tylko Salto, składany Wigry 3 (jeden kolega miał podobnego, ale wyjątkowo ruskiego składaka) oraz dla starszych – Jubilat.

Za pieniądze otrzymane na Pierwszą Komunię, za namową mamy, kupiłem rower marki Passat. Była to jedyna okazja w województwie i w dodatku dostępna akurat w Sportowcu na Wyszyńskiego. Ponieważ koła były rozmiaru 28″, to przez pewien czas jeździłem pod ramą, gdyż rower był dla mnie ogromny 🙂 . Po maturze odbyłem na nim wspaniałą dwutygodniową wakacyjną wycieczkę, odwiedzając jeziora w województwie lubuskim. Do dzisiaj mam go na strychu, gdzie rośnie jego wartość „sentymentalna”.
Po szkole średniej nastąpił rozbrat z rowerem. Wróciłem do niego dopiero po blisko 20 latach za sprawą kolegi z pracy, który wyciągnął mnie na singletracki do Novego Mesta pod Smrkem. Wtedy zakochałem się w kolarstwie MTB, a najbardziej w zjazdach. Zrozumiałem, że uwielbiam single, a przede wszystkim trasy gdzie jest FUN&FLOW. Z podjazdami było gorzej, ale nie potrafię jeszcze oszukać fizyki i by korzystać z przyjemności, musiałem się poświęcać męcząc pod górę.

Niedługo później, na skutek zaleceń lekarza, by za pomocą roweru wzmocnić mięśnie dwu- i czterogłowe w ramach rehabilitacji popsutego przez piłkę nożną ACL’a, zacząłem odwiedzać pobliskie Wzgórza Piastowskie. Przypomina mi się, jak jakieś 2,5 roku temu koledzy namówili mnie by objechać trasę Mini z Kaczmarka 2016. Po kilku kilometrach jazdy na moim pseudo rowerze MTB, czyli stalowym Jaguarze bez jakiejkolwiek amortyzacji byłem zniszczony. Pod każdy podjazd, zaczynając od Jagodowego Wzgórza pchałem rower. Znawcy trasy wiedzą, że to praktycznie początek. Po przejechaniu (podprowadzaniu) połowy dystansu dałem sobie spokój i udałem się do domu.

Lekcja jaką z tego wyciągnąłem pozwoliła mi zrozumieć, że jest to piękny choć wtedy jeszcze dla mnie bardzo tajemniczy teren z ogromnym potencjałem. Zacząłem jeździć po Wzgórzach Piastowskich tylko głównymi ścieżkami i ciągle nie wiedziałem gdzie jestem. Ponieważ nie lubię monotonii, więc jak już poznałem podstawowe szlaki zacząłem jeździć w miejsca, w które zazwyczaj nikt się nie zapuszcza. Zauważyłem, że jest możliwość urozmaicenia oklepanych ścieżek.

Przejdźmy do konkretów, bo to chciała usłyszeć Asia. Moja przygoda z projektowaniem tras zaczęła się przypadkowo rok temu, kiedy to znakomity projektant tras z Sulechowa, kolega Zel z grupy BIKESUL został poproszony o wyznaczenie trasy w Zielonej Górze. Ponieważ nie znał zbytnio tych terenów, wybraliśmy się razem na przejażdżkę ze świetnymi znawcami rowerowych Wzgórz Piastowskich, czyli kolegami z grupy BISMARCK ZG, by coś wymyślić.

Objazd był fajny, męczący, ale trasa, którą przejechaliśmy, moim zdaniem nie nadawała się na wyścig. Nadmienię, że do tej pory na koncie miałem przejechane tylko dwa wyścigi na dystansie Mini w Grand Prix Kaczmarek Electric MTB – jeden w Zielonej Górze w 2017 i drugi w Sulechowie w 2018. Udział wziąłem przypadkowo, za namową kolegów z pracy, którzy systematycznie biorą udział w Grad Prix Kaczmarka. W tamtym momencie raczej nie byłem godnym zaufania autorytetem w kwestiach projektowania tras MTB,  natomiast wtedy poznałem opinię zawodników. Co lubią i co jest ważne w takiej trasie, a co im przeszkadza.

Ponieważ na co dzień pracuję w dziale rozwoju i nadzoruję tworzenie nowych produktów, więc wiem, że w obecnych czasach wszyscy oczekują nowości i muszą one przede wszystkim spełniać oczekiwania klienta, a nie twórcy. Jeśli projektowałbym trasę dla siebie, to byłaby ona tylko z górki i w dodatku bardzo kręta, gdyż uwielbiam singletracki.

Kolega z pracy, który zaraził mnie MTB, uświadomił mi, że etap Kaczmarka w Zielonej Górze był zawsze jednym z trudniejszych a zarazem ciekawszych w całym cyklu i to zobowiązuje. Postanowiłem więc wziąć sprawy w swoje ręce i zaprojektowałem pierwszą w swoim życiu trasę pod wyścig MTB, mając w pamięci Wasze oczekiwania plus moje własne czyli FUN&FLOW.

Koledzy z pracy śmiali się ze mnie, że ledwo przejechałem 2 wyścigi, a już nagle projektuję trasy rowerowe (Magen, pozdrawiam).

Przygotowanie trasy pochłonęło mnie bez reszty i poświęciłem na to wiele godzin z prywatnego życia. Z pomocą kolegi Zela trasa była jeszcze poprawiana, ale z grubsza odpowiadała na większość potrzeb uczestników.

Zawarłem w niej single przygotowane przez ziomków z grupy BISMARCK ZG (Grzbiet – BISMARCK ZG I i Nowy Singiel – BISMARCK ZG II), jak również przygotowałem kilka nowych odcinków i singli jak Króciak, Wąwóz czy chociażby Wieczór. Ten ostatni pierwotnie miałem nazywać „Nigdy więcej”, by sprawić radość małżonce, ponieważ za każdym razem, gdy wracałem spóźniony o kilka godzin z wyjazdu rowerowego słyszałem od niej: „nigdy więcej nie pójdziesz na rower … poprzebijam Ci te opony”. Po tygodniu jej przechodziło i znów mogłem jechać szykować trasę, by znów się spóźnić. Moja próżność sprawiła, że jednak singiel nazywa się „WIECZÓR”. Na trasie znalazły się również podjazdy, które potrafią zmęczyć, ale są „do podjechania” oraz płaskie odcinki, by móc odpocząć lub wyprzedzić tych wolniejszych.

Nad odcinkami pracowaliśmy wspólnie z Szymonem Zioło, naczelnym grupy BISMARCK ZG oraz przy doraźnym wsparciu kilku innych osób. Poświęciliśmy mnóstwo czasu, by przygotować dla Was kilka ciekawostek. Są to przede wszystkim single i mikrosingle w ilości pięciu sztuk (Króciak 2.0, Wilkanowo F1, Tami, Kamień oraz Longer). Podjazdów nie lubimy, więc ich nie szykujemy tylko korzystamy z gotowców.

Odpowiadając na pytanie, czemu to robię, powiem tylko, że lubię, gdy moja praca sprawia innym przyjemność. Ile czasu to zajmuje? Przygotowanie tegorocznej trasy włącznie z projektem to nie są pojedyncze godziny, czy dziesiątki godzin, ale raczej setki godzin licząc pracę wszystkich osób. Myślę, że zajęło to grubo ponad 200. Jest to równie czasochłonne jak Wasze treningi i również wymaga wielu wyrzeczeń. Zamiast wyspać się w weekend, trzeba wcześnie wstać bez względu na temperaturę i pogodę, by następnie wrócić zanim małżonka dobrze się wkurzy na fakt, iż jest weekend, a mnie nie ma w domu. Już teraz wiem, co czujecie uprawiając Waszą pasję (ha, ha, ha). Osobiście nie odczuwam potrzeby ścigania się i wygrywania, ale sprawianie radości innym przez projektowanie i przygotowywanie tras daje mi ogromną przyjemność.
Wiem, że to dziwne, ale już zastanawiam się nad przyszłoroczną trasą. Nie wiem, czy pojawi się coś nowego, gdyż w piękno Wzgórz Piastowskich nie należy już za bardzo ingerować. Tym bardziej, że w ciągu najbliższych kilku lat powstanie tam obwodnica, która wniesie spore zmiany w krajobraz. Co do tej obwodnicy, to pragnę uspokoić malkontentów, że nie powinna ona znacząco wpłynąć na przebieg chociażby aktualnej trasy. Wiem jak będzie zlokalizowana i myślę, że poradzę sobie, by ją odpowiednio wkomponować w kolejny wyścig.

Chociaż wiem, że nowa trasa jest męcząca, to jednak mocno liczę na to, że Wam się spodoba.

Trasa jest dla Was, ale dedykuję ją mojej żonie Iwonie.

Tyle z mojej strony i do zobaczenia na wyścigu lub na Wzgórzach Piastowskich.

Z rowerowymi pozdrowieniami,

Kamil „Wieczór” Wieczorek